Showing posts with label podróże. Show all posts
Showing posts with label podróże. Show all posts

Monday, May 30, 2016


Wieczorem dotarliśmy na miejsce, gdzie wysokie fale były spełnieniem wszystkich marzeń dla  surferów którzy przyjechali do Maroka szlifować swoje umiejętności. Było pięknie. Czas stanął w miejscu, delikatny wietrzyk muskał nas po nieco zmęczonych drogą twarzach a szum fal uspokajał myśli. 

W tym miejscu krążył sprzedawca szydełkowych czapek, który dał chłopakom namówić się na zdjęcie i który kolejne zdjęcie chciał już mieć ze mną- wskazał na mnie palcem i powiedział : avec la gazelle! Gazelą zostałam potem nazwana  w kolejnych miejscach jeszcze kilka razy.

Na kąpiel w strojach niestety nie przyszedł czas, spieszyliśmy się do hotelu, aby w miarę ludzkich godzinach rozpakować w pokojach swoje bagaże i wziąć błogi prysznic. 
Później przekonałam się że prysznic w Afryce to jedna z tych rzeczy o których marzy się najbardziej  i najczęściej. 



 Tak właśnie wyglądał nasz hotel, w którym się zatrzymaliśmy, a właściwie jego recepcja. Spaliśmy w domkach kilku apartamentowych, podzieleni na drużyny, każda w innym apartamencie.


Tak wyglądał chłopakobus w którym jechałam, wypchany po brzegi sprzętem fotograficznym, śpiworami, plecakami, jedzeniem, tabletkami na malarię, chłopakami i mną. Moja ekipa była naprawdę super, puszczali świetną muzykę, dbali o mój porządek psychiczny i byli po prostu prze kochani. Co prawda paru fot robionych kiedy spałam im nie wybaczę, ale generalnie nie mogłam sobie wyobrazić lepszej drużyny do spędzenia dwóch tygodni razem w jednym busie. 


 Śniadanie zjedliśmy w przeuroczym miasteczku Taghazout . Świeżo wyciskany sok  z pomarańczy, jajecznica i wszechobecny chlebek. Było jak w raju. 






Jak zwykle, koty były większą atrakcją niż wysokie fale. 



   
Skurka pięknie pozuje, ja jak zwykle nie zapominam o uwydatnieniu swojego drugiego podbródka. Wszyscy czekamy w tym raju dla surferów na Marka i resztę chłopaków, którzy pozapominali swoich ubrań z hotelu w którym nocowaliśmy. 






W tym miejscu chłopaki z ekipy dronowej zrobili takie ujęcia, że nam wszystkim siedzącym na kanapie w Mauretanii, oglądającym filmy na laptopie Skurki i czekającym na swoją kolejkę do prysznica nisko opadły szczęki. Wszyscy jak jeden mąż głośno zawyli kiedy zobaczyli siebie wielkości małych mrówek na płycie z muszli i piasku która na całe szczęście się nie złamała pod naszym ciężarem. 





Skurka i Marek, szefostwo głównodowodzące.


Dziewczyny z drużyny, prze urocze istotki które nie raz poratowały mnie w naprawdę ciężkich sytuacjach. Ula, ja , Skurka, Miki, Asia i Cukier, to właśnie żeńska część trzeciej edycji African Road Trip :)! 


Fotki zawdzięczam dzięki Przemkowi, dzięki Przemek! :)




Tuesday, May 17, 2016


Brudna. Posklejany włos. Podarte spodnie. Zmaltretowana przez zemstę wodociągów. Bez make upu, chyba też miała nieumyte zęby i nie pamięta czy użyła dezodorantu.
Tak, taka byłam JA na gambijskiej granicy, gdzie czekaliśmy parę godzin aż władze nas wpuszczą. Zatrzymaliśmy się jeszcze na pieczątki w paszportach i kwestie formalne.
Dopadła nas gromadka dzieci, która wyciągała rączki na znak że każde z nich chciałoby coś dostać. Wiele nie mieliśmy, pamiętam że daliśmy jednej dziewczynce jakiś słodycz w tubce. Dacie wiarę, że podzieliła się z każdym? Każdemu dziecku wycisnęła na dłoń trochę tego słodkiego czegoś... Niesamowite :)
Ta dziewczynka na pierwszym zdjęciu, wpatrzona w aparat podeszła do mnie i również coś chciała. Nie miałam nic, a bardzo chciałam ją czymś zabawić. Klęknęłam więc i paluchem zaczęłam rysować w piasku różne domki, słoneczka, serduszka. Dzieciaki prędko zgromadziły się wokół mnie i bawiliśmy się w zgadywankę- ja rysowałam, a oni chórkiem krzyczeli - heart! dog! cow! pig!
Kiedy już brakło mi pomysłów, przejęli moje płótno i sami rysowali. Żałuję że nie zrobiłam zdjęcia, niektórym szło naprawdę dobrze!

To był fantastyczny moment którego nigdy nie zapomnę...
To była właśnie taka Afryka, jaką chciałam zobaczyć!













#travelwithhollycow

cudne foty: Miki Kańska 

Thursday, April 21, 2016

AFRICAN ROAD TRIP


Postanowiłam podzielić posty według kolejno odwiedzanych krajów. Powód? Mam bardzo dużo zdjęć, nie mniej opowieści które starałam się spisywać na bieżąco ( z każdym kolejnym check pointem było to coraz mniej możliwe, gdyż w ramach nieoficjalnej opłaty oddawaliśmy swoje długopisy ). Dla mnie to była jedna z podróży życia, sytuacje w których próbowałam ogarnąć wzrokiem i umysłem rzeczywistość zdarzały się praktycznie co kilka minut ( pomijając jazdę w nocy, chociaż i wtedy się zdarzało, szczególne rozmyślenia naszły mnie na granicy gambijskiej, ale jeszcze nie jestem pewna czy powinnam o tym napisać coś więcej ) i do końca nie wiedziałam czy śnię czy na pewno jestem tu i teraz. 

Po udanym lądowaniu na lotnisku w Marakeszu musiałam prędko ustawić się w kolejce do okienka w którym pan oglądał każdą sylwetkę od stóp do głów, zadawał losowe pytanie i albo się uśmiechał albo nie i puszczał dalej, albo nie. Podłapałam internet z czyjegoś telefonu i napisałam Markowi, organizatorowi wyjazdu, że już wylądowałam i czekam aż pan do mnie się uśmiechnie. Szczerze, nie uśmiechnął się do  chłopaków którzy stali przede mną, przez co czekałam 5 minut dłużej i zestresowałam się jeszcze bardziej że coś może będzie nie tak. Kiedy przyszła moja kolej ubrałam twarz w swój najbardziej szczery uśmiech, ten taki wiesz, nienachalny, ale z kluczowym wytrzeszczeniem oczu.

Podziałało.Co więcej, nawet powiedział "enjoy your stay" i widziałam cień uśmiechu, żadnych zbędnych pytań.

Wyszłam, wzrokiem szukałam charakterystycznej niebieskiej czapki głównodowodzącego którą widziałam na niemal każdych zdjęciach Ani Skury ( www.whatannawears.com ) . Zostałam bardzo ciepło przywitana i ruszyliśmy do białego busa. Ciężko był mi się przestawić, w jednym uchu jeszcze hulał duński wiatr a w drugie ucho buchało ciepło nowego miejsca.

Próbowałam rozmawiać, ale widoki za oknem skutecznie mnie rozpraszały.Wszędzie palmy, osiołki, skutery, wielbłądy, kolor pomarańczowy, rudy, zielony, żółty, słońce, asfalt, piasek  i chaos. 

Chaos, który próbowałam zrozumieć- skutery, osły, samochody, ciężarówki , ludzie- wszystkie jednostki rządziły się osobnymi prawami. Nie rozumiałam jakim cudem nie dochodzi do wypadku co 3 minuty, kiedy każdy zmienia pas według własnych uznań, bez wcześniejszej konsultacji z pozostałymi członkami ruchu drogowego w postaci kierunkowskazu czy choćby ręki.  Marek szybko wyjaśnił mi, że jedyny sposób by zrozumieć ten chaos to stać się jego częścią. 

Nasz hotel mieścił się tuż przy skwerze Jamaa el-Fnaa, był przepiękny. Najprzyjemniej było na dachu, gdzie wieczorem urządziliśmy imprezę poznawczą a rano zjedliśmy śniadanie. 

Tuż po zostawieniu bagaży udałam się wraz z grupą na pierwszy spacer po markecie. Ciężko było iść przed siebie i się nie zgubić, a przy tym jeszcze skupić na tym co sprzedawcy mają do zaoferowania jednocześnie udając brak zainteresowania. 




Ważne jest, by się nie zgubić, a jeszcze ważniejsze jest to, by nie dać się rozjechać okazyjnie przejeżdżającym przez bazar skutery. Nie małym wyzwaniem było robienie zdjęć, nie którzy sobie tego nie życzyli, a jeszcze inni prosili o zapłatę. Zewsząd dochodziła muzyka, a w powietrzu mieszały się zapachy przypraw, owoców, skórzanych torebek i kurzu, najprzyjemniej było przechodzić obok straganów ze świeżą miętą, doskonałą do słynnej the a la menthe, czyli marokańskiej herbaty z tą właśnie rośliną i dużą ilością cukru. 




Myślę że ku przestrodze warto wspomnieć o tym, że sprzedawcy są bardzo nachalni. Jeśli jest się zbyt miłym to można wyjść ze stosem rzeczy które tak naprawdę nie przypadły nam do gustu i z mocno odchudzonym portfelem. Zalecam wziąć aparat słuchowy i udawać problemy ze słuchem. Osoby potrafiące zakomunikować stanowcze NIE obędą się bez tego gadżetu! :)












Marakesz to dla mnie kopalnia inspiracji.
Jestem pewna że wykorzystam swoje wspomnienia do stworzenia projektów  inspirowanych tym miastem 

Żałuję że nie zrobiłam więcej zdjęć- wstyd mi się przyznać, ale w ciągu ostatniego roku pogorszył mi się wzrok i patrząc przez wizjer widziałam zamazane krawędzie. Odmówiłam sobie z tej przyczyny zabrania swojego portretowego obiektywu gdzie ostrość ustawia się manualnie.  Kompletnie nie wiedziałam że da się 'skorygować' wadę wzroku z poziomu body, dowiedziałam się o tej możliwosći  w przedostatni dzień pobytu w Gambii.

zdjęcia: Przemysław Kruszec oraz kilka wykonanych przeze mnie.